Nadal, w sumie dla większości, temat smoczków to dość drażliwy, uciążliwy i wstydliwy temat. Korzystać z nich czy nie? Ratować się, czy jak? W końcu tyle się słyszy o zaburzeniu odruchu naturalnego ssania, krzywym zgryzie, próchnicy czy +3 latkach, które nie potrafią odstawić tego wstręciucha. No cóż, to się zdarza, tego nie da się ukryć, ale…

1

… nie dajmy się zwariować. Może dla niektórych jestem dość osobą o dość kontrowersyjnych poglądach (tak jak pisałam np o karmieniu, o TUTAJ) przez to, że do wielu spraw wychowawczych podchodzę zbyt luźno. Znajdą się też osoby, które zarzucają mi, że prowadzę wpływowego bloga i piszę o takich rzeczach, a później ktoś bierze ze mnie przykład, a kompletnie nie powinien. Cóż, nie będę pisała wam ściem, nie będę chwaliła np karmienia piersią, skoro sama krótko to robiłam, bo naprawdę tego nie potrafiłam i nie lubiłam. Nie będę mówiła abyście unikały smoczków, bo to zło wcielone, skoro sama po te smoczki sięgam. Każdy ma swój rozum i robi to co uważa za słuszne. Nie bądźmy jak pieski, które biegają i słuchają się tylko jednej osoby. Każdy ma własne dziecko i to on za nie decyduje i wychowuje najlepiej jak potrafi. Ja tu piszę o moich doświadczeniach i refleksjach z macierzyństwa, nie zachęcam abyście robiły wszystko to samo. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jeśli mama „zatka” swoje dziecko smokiem, to jest już gorsza lub chce źle dla swojego dziecka, niż ta matka, która tego nie robi? Oczywiście, że nie! Nie jest gorsza nic, a nic, nawet jeśli jest szkalowana przez inne matki. Czasem to właśnie matka matce jest wilkiem i przez to wszystko żyjemy pod presją. A szkoda. Dlatego napiszę to wprost (chyba pierwszy raz na tym blogu padną takie słowa) – MAM TO W DUPIE, co pomyśli o mnie ktoś inny i co mi zarzuci, ponieważ to ja wychowuje swoje dzieci – z dużym naciskiem na słowo „swoje”. To tak aby sprawa była jasna jak słońce. :)

Powracając do sedna sprawy. Wypytujecie, jak to jest w przypadku Poli i Maksa. Czy te smoczki nam towarzyszą, jak często po nie sięgamy, czy uważamy to za wstyd i tak dalej. Może zacznę od samego początku…

2

Pamiętam gdy pakowałam torbę do szpitala na porodówkę, jeszcze przed narodzinami Poli. Taka świeżynka, jeszcze zupełnie nie doświadczona mama, wsadziłam do niej jeden smoczek, który brałam już jako ostateczność ostateczności. Wtedy byłam pod ogromnym wpływem innych matek i dałam sobie wmówić, że smoczek to najgorsze zło wcielone na świecie (oczywiście zaraz po mleku modyfikowanym). I tak wzięłam tego potwora, awaryjnie, a niech sobie będzie pomyślałam. Po dobie, od narodzin Poli, był taki moment, że nie wiedziałam już co robić. Mała kompletnie nie mogła poradzić sobie z moimi sutkami, płakała, bo była głodna lub po prostu potrzebowała bliskości. Ja po tym cesarskim cięciu, wyginałam się z bólem we wszystkie strony, aby jakoś spróbować i nauczyć ją ssać. Nie dałam rady. Z pomocą przyszła mi położna (swoją drogą najlepsza na jaką trafiłam, po dwóch porodach się mną opiekowała) i od razu powiedziała abym się nie denerwowała, bo to jeszcze gorzej wpływa na dziecko. Miała zupełną rację i płaczącą Polę „zatkała” na chwilę naszych smoczkiem. Lekko zgorszona jej radą, posłuchałam i dałam jej ten smoczek. Teraz z perspektywy czasu przyznam, że Pola wyglądała w nim dość komicznie, bo smok zasłaniał jej pół buźki – wtedy jeszcze nie było tych fajnych mini smoczków, które pokazywałam wam w TYM poście. Wysłałam nawet Mariuszowi MMS’a aby zobaczył co się stało. Od razu odpisał – Na co jej ten smoczek?! Tu widać, że inne matki mają wpływ również na ojców. Cóż… Ale co zaskakujące w tej sytuacji, Pola załapała, zassała, uspokoiła się i nauczyła ciumkać. Po podaniu smoczka od razu była poprawa z załapaniem mojej piersi. A mówi się, że on zaburza odruch ssania… jak widać nie w każdym przypadku. Na drugi poród od razu zabrałam ze sobą komplet smoczków, który Mariusz już sam chętnie wrzucił mi do torby. Tacy źli rodzice z nas.

Jak to dziś wygląda? Pola ma ponad 1,5 roku i nadal korzysta ze smoczka. Był taki moment, że kompletnie nie mogła się z nim rozstać (głównie przy ząbkowaniu), ale teraz już powoli staramy się ją odzwyczajać. Bez parcia, subtelnie i zupełnie naturalnie. W dzień prawie wcale z niego nie korzysta, chyba, że jest awantura, gdy jestem sama, a dwójka ryczy mi w niebogłosy. Wtedy nie ukrywam, pomagam sobie smoczkiem, aby na chwile uspokoić sytuację. Pola używa smoka głównie do snu, bo bez niego niestety nie zaśnie, ale jest to na takiej zasadzie, że pójdzie z nim spać, a po 15-20 minutach leży już obok niej. Dla przykładu, możecie zobaczyć, że na zdjęciach poniżej daliśmy jej swobodnie smoczek do ręki, jak widać na żadnym z nich nie widać aby miała go w buzi. I zapewniam was, na niepublikowanych również go nie miała. Po prostu nie chciała, nie czuła takiej potrzeby aby go „zamontować” w dziobie. :)

Maksymilian to póki co dość spore przeciwieństwo Poli, również w kwestii smoczka. W szpitalu, po porodzie dostał go kilka razy, ale po powrocie do domu nie używał go prawie wcale. Swobodnie bez niego zasypiał i w sumie po części cieszyliśmy się, że może nie będzie takiej potrzeby aby z niego korzystał. Później wybiły mu 4 miesiące i powoli zaczęło coś kiełkować w buzi, zaczęły go swędzieć dziąsełka i wszystko uległo zmianie. Ale również bez wariacji, bo niekiedy damy mu smoczek, a on po kilku sekundach go wypluje. Jak się okazuje, dla niego lepszy gryzak niż ten wstręciuch. Zwłaszcza gdy buzia tak mu się śmieje, no aż żal zatykać. Obstawiam, że gdyby nie Pola to Maks nie potrzebował by smoka wcale, a tak podpatruje i chcę coś takiego samego jak ma siostra. I to samo w drugą stronę, gdyby Pola nie widziała smoczka u Maksa to może by szybciej zapomniała o jego istnieniu. Rodzeństwo ma na siebie ogromny wpływ.

3

Podsumowując, do tematu smoczków nic nie mam. Nasze dzieci z nich korzystają (bez wstydu!) i zawsze jakiś awaryjnie w torbie mam schowany. Nie boję się krzywych zgryzów, może byłoby inaczej, gdyby dzieci ssały te wstręciuchy przez większość dnia. A tak nie jest. Jestem zdania, że jeśli robimy coś z głową i w granicach zdrowego rozsądku to będzie dobrze. Trzeba wszystko pilnować i mieć pod kontrolą. Ulżymy tym dzieciom, bo w końcu to dobre uspokajacze, jak i sobie, bo nie będziemy tak bardzo się stresować. A słowa i pytania – On/ona jest już chyba za duża na smoczek? Działają na mnie jak płachta na byka. Nie wiem dlaczego, ale chyba stałam się jakoś bardziej wyrozumiała na wiele życiowych sytuacji. Może dlatego, że jestem mamą, w dodatku dzieci rok po roku, i wiem jakie to cholernie trudne zadanie. Jeśli mamy korzystać z gadżetów, które chociaż odrobinę nam w tym pomogą to dlaczego nie? Ja będę z nich korzystała. I to bez presji i wstydu. Smoczek nie taki wilk straszny, jak go malują.

4 5 6 7 8 9

Podobają wam się smoczki ze zdjęć? Piękne prawda? To oczywiście najnowsza nowość od LOVI, marki, która jest z nami od samego urodzenia tej dwójki. Kolekcja nazywa się Indian Summer i dam wam możliwość zdobycia tych cudów. Do wygrania jest 10 zestawów, które składają się z kubka junior, kapsuły smoczków (6-18m), łańcuszka i torby dla mamy, która jest niedostępna w regularnej sprzedaży. Wersja kolorystyczna oczywiście do wyboru. Wszystko co musicie zrobić aby wziąć udział znajdziecie poniżej.

17553944_1854827971398611_7106005115196318938_n

1. Polubić LOVI Karmienie miłością na facebooku
2. Polubić Zatrzymując czas na facebooku
3. Udostępnić ten post z konkursem na tablicy swojego profilu
4. W komentarzu poniżej odpowiedzieć w max 2-3 zdaniach na pytanie – Czym dla ciebie jest smoczek?
(pamiętaj aby w pole witryny internetowej wkleić link do swojego profilu na facebooku)
* Konkurs trwa do 7 kwietnia do północy. Do 10 kwietnia ogłoszę 10 zwycięzców. Powodzenia! *

10
*ZWYCIĘŻCZYNIE KONKURSU*
– Anna
Sylwia
– Jowi
Iwona
Ewelina
Agnieszka
Marta M.
Julia
Anka
Małgorzata

Gratulację! Wszystkie zwyciężczynie są podlinkowane do swoich profili na facebooku. Teraz skontaktuję się każdą z was poprzez wiadomość prywatną w celu nadania nagrody. :)