Za każdym razem, gdy ktoś pyta mnie o odczucia związane z budową domu, odpowiadam tak samo – Jest to najbardziej emocjonująca chwila zaraz po urodzeniu dzieci. Nasza budowa daje mi ogrom czystego szczęścia, spełnienia marzeń i sprawia, że nie żyjemy teraz niczym innym. Ale nie będę Was tylko bajerować, że za tym wszystkim ciągną się same wianki i róże. Za tym wszystkim stoi również cała masa nerwów, stresu i nieprzewidzianych wydatków. Ale czy warto? Nawet w tej chwili, gdy piszę ten post z kubkiem gorącej melisy w ręku i z myślami, które zaprzątają mi głowę o pogodzie, czy nie pokrzyżuje nam planów, to stwierdzam jednogłośnie, że… TAK, to wszystko jest tego warte. Zaczęliśmy miesiąc temu, gdy wbiliśmy przysłowiową pierwszą łopatę, a ponad tydzień temu staliśmy już na ukończonym pierwszym etapie – gotowych fundamentach. Z dniem dzisiejszym dokańczamy już ściany parteru, ale o nich będę Wam pisać w oddzielnym poście. Przez ten cały czas naprawdę dużo się działo, sporo zrozumieliśmy i już co nieco się nauczyliśmy. A nauka podczas budowy jest bardzo istotna, trzeba być stale czujnym i trzymać wszystko pod kontrolą. Trzeba pracować na najwyższych obrotach.

Zobaczcie jak wyglądał ten etap stawiania fundamentów. Czyż nie wygląda to zjawiskowo? Stale jestem w szoku, jak z niczego powstaje coś tak ważnego i dużego…

Co się działo w okresie stawiania fundamentów?

– Byliśmy praktycznie minimum 4-5 razy w tygodniu na budowie i doglądaliśmy wszystkiego. Cieszyliśmy się każdą cegiełką i każdym wykopanym dołkiem. W dodatku poznaliśmy sąsiadów i widzieliśmy jak nasze dzieci cieszą się z tego wszystkiego. Dowiedzieliśmy się również, że wszystkie 3 działki obok nas zostały sprzedane i na przyszły rok rozpoczną się na nich prace budowlane. Dla mnie to super wiadomość, ponieważ nasz dom jest na końcu ślepej uliczki, którą obecnie również remontują, więc świadomość nowych domów bardzo mnie cieszy, ponieważ okolica będzie jeszcze piękniej wyglądała.

– Nasze fundamenty wydawały mi się takie malutkie! A co za tym idzie panikowałam, że stawiamy za mały dom. Będzie on miał niecałe 200m2 i to nie licząc oddzielnego garażu. Więc jak to możliwe? Zrozumiałam to gdy ściany zaczęły piąć się ku górze. To przeklęte złudzenie optyczne, które jak się okazuje doświadcza mnóstwo ludzi rozpoczynających swoje budowy. Uff, odetchnęłam z ulgą, bo nawet nie wiecie jak marzyłam o przestrzeni w której wszyscy bez problemu się pomieścimy.

– Już zdążyliśmy wprowadzić kilka poprawek i modyfikacji. Prędko prawda? Gdy fundamenty zaczęły się wypełniać, a zarys ścian był dla nas jeszcze bardziej widoczny to nanieśliśmy drobne poprawki jeśli chodzi o okna i szerokość drzwi wejściowych. Dodaliśmy jedno okno na piętrze w moim biurze i poszerzyliśmy okno w kuchni. Dodatkowo drzwi wejściowe miały mieć 120cm szerokości, a zmieniły się na 160cm. Zmieniliśmy również ułożenie oraz szerokość tarasu – działkę mamy ogromną więc wysunęliśmy go jeszcze bardziej w stronę ogrodu.

– Zrobiliśmy weryfikację dotyczącą naszej firmy budowlanej i kosztów, które ponosiliśmy. I to była najbardziej stresująca chwila podczas początków stawiania fundamentów. Mieliśmy zatrudnioną firmę, która rozpoczęła nam budowę, zajmowała się papierologią i kupowała materiały. My o nic nie musieliśmy się martwić. Ale już zdaliśmy sobie sprawę, że to był kiepski pomysł. Firma nie miała swoich robotników tylko zatrudniała podwykonawców, a z racji tego, że oni zajmowali się resztą spraw, to narzucali sobie ogromne marże i dodatkowe koszty, które to my musieliśmy ponosić. Ja wiem, że każdy chcę zarobić, ale taka opcja nie jest dla nas – nasz budżet już przy samych fundamentach został niezdrowo nadwyrężony. Także rozwiązaliśmy z nimi umowę i teraz zmieniliśmy budowę naszego domu na system gospodarczy – sami bardziej się angażujemy i kupujemy dosłownie wszystkie materiały. I od tego czasu już zdążyliśmy sporo zaoszczędzić, ponieważ u producentów samodzielnie udało nam się wynegocjować fajne rabaty. Teraz dom budują nam robotnicy, którzy bezpośrednio tym się zajmują, bez żadnych łączników po drodze. Stawiają oni nam dom do stanu surowego otwartego, a później w zależności od kolejnych etapów będziemy zatrudniali kolejnych. Przy wykończeniówce Mariusz też sam dużo zrobi i wydaje mi się to bardzo rozsądną decyzją. Naprawdę, ten miesiąc sporo już nas kosztował, ale i nauczył. Grunt, że szybko wszystko łapiemy i mamy nadzieję, że z kolejnym etapem będzie tylko lepiej i lepiej.

– Zakopaliśmy się dwa razy autem. Naprawdę! Gdy na początku wszystko było rozkopane, a nocami padał sobie deszczyk to przy naszej budowie stworzyło się istne bagno. Wyobraźcie sobie wieczór, kiedy dzieci śpią na tylnym siedzeniu, ja siedzę za kierownicą, a Mariusz cały w błocie pcha samochód. Wyglądało to komicznie! I właśnie od takiej strony poznaliśmy się na początku z sąsiadami. Jak teraz to sobie przypomnę to ryczę ze śmiechu. :)

No to teraz lecimy dalej. Pniemy się ku górze! ♡