Do tego wpisu zbierałam się bardzoooo długo i pomimo, że miałam wiele obaw przed jego stworzeniem, to już po takim czasie mogę ze spokojem odetchnąć i Wam wszystko opowiedzieć. Temat: MOJE DWA PORODY – jak wyglądały, czym się różniły i jakie emocje się za nimi kryły. Natomiast na tapecie: DWA CESARSKIE CIĘCIA – jedno planowane, a drugie niekoniecznie. Czy coś bym zmieniła? Czy wolałabym rodzić naturalnie? Zaraz wszystkiego się dowiedziecie, ale uwaga… jeśli poród jest dopiero przed Tobą to czytasz to na własną odpowiedzialność. :)

Mój pierwszy poród – Oczekiwania.
Plan swojego pierwszego porodu miałam idealnie rozplanowany i wymarzony. Miały mi odejść wody w mało publicznym miejscu lub miało się zacząć wszystko zupełnie naturalnie, delikatnymi skurczami w zaciszu domowym. Torbę już od dawna miałam spakowaną więc miałam jechać do szpitala, o nic się nie martwiąc, zwarta i gotowa, silna fizycznie i psychicznie. Poród miał się odbyć tylko wyłącznie drogami natury – o cesarskim cięciu nawet słuchać nie chciałam, bo w końcu Mariusz też chciał być wszystkim i koniecznie chciał przeciąć pępowinę. Marzyłam aby wszystko odbyło się bardzo szybko, wiedziałam, że bólu nie uniknę więc modliłam się tylko o prędkość zawodowego sprintu. I później zdałam sobie sprawę, jaka ja byłam naiwna i rozmarzona, zupełnie jak mała dziewczynka. Poród to takie zjawisko, którego nie da się zaplanować i przewidzieć na 100%. To istna gra w ruletkę, rollercoaster, horror, dramat i komedia w jednym… :)

Mój pierwszy poród – Rzeczywistość.
Było to dokładnie 30 sierpnia 2015 roku. Godzina popołudniowa, 5 dni po moim planowanym terminie porodu, jedliśmy sobie obiad u nas w domu z Mariusza siostrą (która wtedy również była w ciąży), jej mężem i ich córką. Naszemu psu zachciało się dwójkę więc Mariusz wyszedł z nim na krótki spacer. Nie było go dosłownie chwile, kiedy ja wstałam z kanapy i tak jak w filmach było widać i słychać wielkie… CHLUS! Odeszły mi wody na środku naszego salonu. Przy wszystkich! Raz i konkretnie! Byłam zdezorientowana, nie za bardzo wiedziałam co się dzieje i nie docierało do mnie, że to już się zaczęło. Szybko pobiegłam pod prysznic cała roztrzęsiona, ale i podekscytowana równocześnie, Mariusza siostra biegała z mopem i sprzątała po mnie podłogę, a jej mąż z trzeciego piętra darł się przez okno, aby Mariusz szybko wrócił, bo odeszły mi wody. Normalnie kabaret, w dodatku na całe nasze osiedle. Mariusz wparował do domu cały rozpromieniony, odpalił kamerkę, chwycił moją torbę w rękę i dumnym głosem powiedział – „Kochanie, jedziemy rodzić!”. W tym momencie również byłam naiwna, bo jeszcze nie wiedziałam, że to „my” oznacza dosadne „ja”. Ale okej… pojechaliśmy na porodówkę, weseli i żądni poznania naszej córki.

Do szpitala dotarliśmy dość szybko, ok 17, albo i 18 – już nie pamiętam dokładne. Wtedy już zaczęłam czuć pierwsze skurcze podczas wypełniania całej sterty dokumentów przed przyjęciem nas na oddział porodowy. Najlepsze jest to, że w międzyczasie jeszcze ze dwa, albo i trzy razy odeszły mi wody – nawet nie wiecie jak było mi wstyd, ale teraz już wiem, że dla nich to zupełnie normalny widok. Po wstępnych badaniach, okazało się, że nie mam rozwarcia i ze spokojem mamy czekać na rozwój wydarzeń już na sali porodowej. Było nam wesoło, Mariusz kręcił wszystko kamerą, a ja, jak to ja, aby odreagować stres opowiadałam głupie żarty. Wtedy kluczowym momentem stała się godzina 19:00. Kiedy z komedii stał się dramat…

Od godziny 19:00 skurcze dosłownie w moment tak się nasiliły, że nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Moje ciało zupełnie odmawiało mi posłuszeństwa – nigdy, ale to nigdy nie doświadczyłam takiego bólu. I tak jak nigdy nie przeklinałam to w tamtym momencie, rzucałam słownictwem jak szewc. Mariusza kamera szybko wylądowała na dnie torby, a on biedny musiał z pokorą znosić wszystko co wyczyniałam i mówiłam. Minęła godzina i nic, minęły dwie godziny i nadal nic… ból się tylko nasilał, a ja czułam gdzieś w głęb, że coś jest nie tak. Mariusz zaczął węszyć, wypytywać, prosić o jakieś środki przeciwbólowe, ale lekarze tylko wpadali, sprawdzali KTG i wypadali. Widzieliśmy, że coś jest nie tak, bo było ich coraz więcej, z przejęciem mnie doglądali i konsultowali coś na boku między sobą. Po chwili wpadł jeden z nich, chyba z 6 osobową załogą, coś do mnie powiedział, ale w pierwszym momencie nie za bardzo to do mnie dotarło. – Zapraszamy Panią na blok operacyjny, musimy natychmiast przeprowadzić cesarskie cięcie…Że JAK?Musimy wykonać cesarskie cięcie, w tej chwili… Wierzcie mi, w tym momencie mój świat się zawalił, zbladłam jak ściana, rozpłakałam się i tak mocno złapałam Mariusza, że siłą musieli mnie od niego odciągać. Planowałam poród naturalny, cesarskie cięcie nie było w ogóle brane pod uwagę. Pierwszy raz w życiu tak bardzo się bałam. I w dodatku to właśnie wtedy poinformowano nas, że im mocniejsze miałam skurcze to tym bardziej Poli spadało tętno. Nie mogliśmy czekać, zwłaszcza, że żadnego rozwarcia nie było nawet widać. Ona mogła po prostu nie dotrwać do końca porodu. Nawet nie chcę o tym myśleć, bo nawet teraz chce mi się płakać… Szybko mnie przebrali, przenieśli na inne łóżko i zawieźli na salę operacyjną. W przelocie Mariusz mnie  tylko pocałował i powiedział, że nas kocha i będzie czekał pod drzwiami. To mnie jeszcze bardziej rozłożyło psychicznie…

Na salę wjechałam dokładnie o godzinie 21:37 i tam już nie pamiętam zbyt wiele. Byłam tak wycieńczona skurczami, że nie do końca kontaktowałam co do mnie mówią. Dostałam znieczulenie zewnątrzoponowe w kręgosłup i już po chwili od piersi w dół nie czułam zupełnie nic. Położyli mnie, podali tlen i zasłonili kotarą. Czułam jak mnie dotykali i cieli, ale nie czułam bólu – nie potrafię tego opisać. Chwila moment i o 21:50 usłyszałam płacz dziecka i słowa lekarzy, że urodziłam zdrową, piękną i całkiem pokaźną dziewczynkę, która waży aż 4200g. To było, jak największy cud… to był najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek w życiu słyszałam. Po chwili przystawili mi ją do policzka abym mogła ją chociaż pocałować. Tego nie da się opisać, ale po takim momencie mogę śmiało napisać – właśnie dla takich chwil warto żyć.

Cesarskie cięcie odbyło się bez problemów. Samo „wyciąganie” dziecka trwa chwile, ale szycie to już cięższy kaliber. Trochę się należałam i momentami chyba już przysypiałam – z tych emocji połowy rzeczy już nie pamiętam. Wiem tylko, że w międzyczasie Pola była z Mariuszem. Mariusz mógł ją natulić do swojej gołej klatki piersiowej, aby dziecko zaklimatyzowało się z naszymi bakteriami – niestety przy cesarskim cięciu, kobieta nie ma takiej możliwości. Nawet nie pytajcie mnie, jak Mariusz płakał ze wzruszenia gdy o tym wszystkim mi opowiadał.

Co się działo po pierwszej cesarce?
Gdy emocje już trochę opadły to dotarło do mnie, że ja faktycznie miałam cesarskie cięcie. Miałam operację! Kiedy wcześniej, nigdy w życiu nie miałam nawet styczności ze szpitalem. Ale w tamtym momencie to już nie było ważne. Zapomniałam o minionym bólu i wszystkim co złe, bo liczyło się dla mnie tylko to, że Pola jest już z nami, a to spadające tętno w dobrym momencie udało się odkryć. Dzięki Bogu.

Cesarskie cięcie to nie droga na skróty!
Wierzcie mi proszę, bo ciągle widzę, że kobiety, które rodziły siłami natury kłócą się z tymi po cesarce. Kłócą się zupełnie o pierdoły, który poród to faktycznie poród, a który to droga na łatwiznę. Napiszę Wam tylko tak – po urodzeniu Poli dochodziłam do siebie bardzo długo, ponad miesiąc uczyłam się na nowo chodzić bez bólu. Pierwsza doba to horror, kiedy położne na siłę próbują Cię podnieść z łóżka, a Ciebie wszystko ciągnie, boli i w dodatku masz dreny wystające z brzucha, cewnik i dziecko, którym musisz się opiekować. Kiedy ja w 10 minut próbowałam dojść do łazienki, którą miałam 3 metry od łóżka, to kobiety po porodzie naturalnym już biegały po korytarzu. Moim zdaniem tych porodów nie można zupełnie porównywać, bo każdy jest inny, każda przechodzi go na swój sposób, a najważniejsze w tym wszystkim jest dobro i zdrowie dziecka. Ja w tamtym momencie nie miałam wyjścia i wyboru. Spory o takie rzeczy są dla mnie zupełnie idiotyczne.

Podsumowując – pierwsze cesarskie cięcie było dla mnie traumą. Wiele się namęczyłam, napłakałam i wycierpiałam. Planowaliśmy dwójkę dzieci rok po roku, ale miałam taki uraz, że o drugim nie chciałam nawet słyszeć. W dodatku myślałam, że nie mogę mieć tak szybko drugiego dziecka, bo po cesarce trzeba odczekać przynajmniej rok. Ale minęły 2-3 miesiące, Pola była już z nami, a ja zupełnie zapomniałam o tym wszystkim co działo się na porodówce. Instynkt macierzyński ponownie we mnie nabuzował, a my już byliśmy u lekarza konsultować wszystko – czy możemy, czy jest jakieś ryzyko ponownego zajścia w ciążę itd. Okazało się, że po 5 miesiącach ja pięknie się zagoiłam, a lekarz dał nam zielone światło na działanie. Byliśmy przeszczęśliwi, podziałaliśmy i… za pierwszym razem udał nam się Maks. :)

A o tym, jak przechodziłam pierwszą, a drugą ciążę znajdziecie o TUTAJ.

Mój drugi poród – Oczekiwania.
O tyle, co przed pierwszym porodem w ogóle się go nie bałam, to przed drugim czułam wiele obaw i strachu. Może dlatego, że dostałam przedsmak i zobaczyłam jak to wszystko wygląda. Muszę przyznać, że przy drugiej ciąży bardzo często o tym myślałam, czasem nawet nie spałam po nocach i biłam się z myślami, czy ponownie próbować i walczyć o poród drogami natury, czy jednak zaplanować drugie cesarskie cięcie. W przypadku pierwszej cesarki mamy te udogodnienie, że przy drugim porodzie możemy już w szpitalu same decydować, czy wyrażamy zgodę na poród naturalny czy cesarkę.

Długo, naprawdę długo o wszystkim myślałam i zdecydowałam, że skoro wiem jak to wszystko wygląda to drugi poród odbędzie się ponownie cesarskim cięciem, z tą różnicą, że te będzie już w pełni planowane i przewidziane. Ja mam bardzo niski prób bólu, zwłaszcza taki, którego nie mogę kontrolować – także skurcze porodowe i te spadające tętno Poli to dla mnie największa trauma na świecie. Natomiast w przypadku bólu, którego już zdążyłam poznać, jest tak, że ja nad nim potrafię już zapanować – nawet jeśli byłby silniejszy od tego, który jest impulsywny i nie do końca mi znany. U mnie wiele działa psychika i właśnie na niej często polegam. Wiem jak wygląda przebieg cesarskiego cięcia, wiem jaki ból towarzyszy później i już jestem mądrzejsza, bo wiem co zrobić aby szybciej dojść do siebie. Także niech mnie tną!

Mój drugi poród – Rzeczywistość.
Tutaj chciałabym się rozpisać tak jak z Polą, ale w przypadku Maksa poród i cały przebieg to był luksus. Wszystko zaczęło się 16 października 2016 roku, na 5 dni przed moim planowanym terminem porodu. W domu od kilku dni czułam delikatne skurcze, ale tego dnia nasiliły się i były w miarę regularne. Stwierdziliśmy, że skoro mamy babcię pod ręką, która zostanie w domu z Polą to weźmiemy torbę i pojedziemy do szpitala sprawdzić co się dzieję. Dojechaliśmy, ok 21:00 podłączyli mnie pod KTG i wyglądało na to, że powoli coś się zaczyna. Stwierdzili, że zatrzymają mnie samą na patologii ciąży i będą obserwować. Podczas wypełniania dokumentów zapytali mnie, jak chcę rodzić – odpowiedziałam, że nie wyrażam na zgody na poród naturalny i bardzo proszę o cesarskie cięcie. Nie było z tym żadnego problemu, tylko wypytywali mnie dlaczego taką, a nie inną podjęłam decyzję. Uzasadniłam im bezpośrednio, że mam traumę po zeszłym roku, boję się bólu i boję się powikłań przy porodzie naturalnym po tak krótkim odstępie czasu. O dziwo, zrozumieli i nawet nic nie komentowali.

Także pożegnałam się z Mariuszem, a położna zaprowadziła mnie na salę na patologii ciąży. Muszę przyznać, że cieszyłam się, że chociaż jedną noc uda mi się wyspać. A po chwili PSIKUS… znów zaczęło się nieprzewidziane. Dosłownie po 15 minutach odeszły mi wody! Położne śmiały się ze mnie, że dobrze nie zdążyłam się ułożyć, a już mnie muszą przenosić na salę porodową. Szybko zadzwoniłam po Mariusza, który zdążył wejść do domu na całe 2 minuty, że już musi wracać. Cieszyłam się, ale tym razem również miałam mnóstwo obaw, bo pomimo tego, że miałam planowane cesarskie cięcie to nie wiedziałam, jak to wszystko będzie się odbywać – bo z tego co się orientowałam to muszę czekać na mocniejsze skurcze aby zabrali mnie na blok operacyjny. Matko, czy ja to przeżyje?! Miałam znów czarne scenariusze przed oczami…

Po chwili wpadł lekarz, z uśmiechem na ustach i pytaniem – Jest Pani gotowa? A ja mu na to – Na poród? Oczywiście! – To zapraszamy. Szok normalnie, szok! Że tak bez skurczy, bez bólu, bez niczego? Cyk myk i byłam już w drodze na salę operacyjną. Moją jedyną obawą w tym momencie była świadomość wsadzenia tego cholernego cewnika oraz tego, czy Mariusz zdąży chociaż się pożegnać. Wpadł w ostatniej chwili! Dał buziaka, przejął moje torby i powiedział, że będzie jak zwykle czekał pod drzwiami. Całe ciśnienie ze mnie uszło.

Wjechałam na salę operacyjną, temat już znałam więc nie specjalnie się martwiłam. Dostałam znieczulenie zewnątrzoponowe w kręgosłup, kotarka i te sprawy i wszystko się zaczęło. Leżałam i czekałam na rozwój wydarzeń. W tle nawet radio z muzyczką leciało, a lekarze wypytywali mnie o plany na wakacje. Prawdziwa sielanka, teraz się śmieje… :) Po chwili powtórka z rozrywki – płacz dziecka! Momentalnie przeszedł przeze mnie dreszcz, popłakałam się i znów poczułam te najwspanialsze uczucie na świecie. Zobaczyłam malutkiego i sinego Maksia, ubranego w różową czapeczkę. Z początku zwątpiłam przez ten kolor, ale położne zaśmiały się, że w innym kolorze akurat nie zdążyły uprać. Uff, mamy synka, całe 3820g! :) Dostałam go do policzka, ucałowałam i pożegnałam, bo położne zabrały go do Mariusza aby mógł go wytulić do swojej klatki piersiowej – tak samo jak to było z Polą. No i znów wzruszenie…

Co się działo po drugiej cesarce?
Doskonale pamiętałam ból po pierwszej więc tym razem nastawiłam się na stan bojowy, niczym żołnierz Marines. Nie mogłam się ze sobą ciaćkać, nie mogłam płakać i leżeć bezradnie. W końcu nie mogłam tak długo do siebie dochodzić i musiałam wziąć sprawy w swoje ręce – w trybie ekspresowym musiałam stanąć na nogi, bo nie dość, że urodziłam drugie dziecko to w domu czekało na mnie pierwsze, które nie zrozumie, że mama musi leżeć. I to pokazało mi, że dzieci to jednak największy motywator na świecie!

W dobę po cesarce wstawałam na nogi, zaciskałam zęby, z ogromnym bólem, ale wstawałam i chodziłam jak najwięcej. Nastawiłam się bardzo pozytywnie i po prostu ruszałam się jak najwięcej. Może nie każda z Was wie, ale pierwsze ruchy po cesarce to ogromny ból i wysiłek dla organizmu, ale jednak trzeba się ruszać – tak szybciej dochodzi się do siebie. Jeśli będziemy leżeć i załamywać ręce to blizna będzie zastygać i wbrew pozorom będziemy dochodzić do siebie dwa razy dłużej i ciężej. Ja nie mogłam sobie na to pozwolić. Pamiętacie o tym co wspominałam, że nad bólem, który znam potrafię zapanować? To jest w 100% racja. Inne kobiety po cesarkach patrzyły na mnie w podziwie, a ja im mówiłam – Nie możecie dać za wygraną, to poboli, ale wierzcie mi, że ten ruch wyjdzie Wam na lepsze. Motywowałam je i zachęcałam, aż sama byłam z siebie dumna… tak nieskromnie.

* Mogę Wam jeszcze od siebie doradzić, aby po cesarskich cięciach mieć ze sobą małego jaśka i dociskać go do rany podczas siadania, wstawania i chodzenia. To zdecydowanie potrafi delikatnie ulżyć w bólu i ciągnięciu. Doradzałam tak każdej kobiecie po porodzie i następnego dnia wszyscy świeżo upieczeni tatusiowe biegali po korytarzu z jaśkami – śmieszny, ale fajny widok. :)

Podsumowując oba porody – 2x cesarskie cięcia.
Pierwszy poród to była dla mnie trauma, a drugi to istny luksus. Tutaj kluczową rolę odgrywała moja psychika. Strach i niewiedza była moją słabością, a opanowanie i determinacja były moją siłą. Czy żałuję, że rodziłam przez cesarki? Z perspektywy czasu nie, zwłaszcza, że dzieci urodziłam bardzo duże. W dodatku bardzo szybko się zagoiłam, a bliznę mam bardzo malutką, nie mam też żadnych powikłań czy skutków ubocznych – to dla mnie ogromna zaleta. Jeśli byłabym w trzeciej ciąży to zapewne też bym chciała rodzić przez cesarskie cięcie.

Czy mogę Wam coś doradzić?
Na pewno nie zachęcam Was do wybierania porodu przez cesarskie cięcie. Jeśli macie siłę i determinację wybierajcie poród naturalny, ale jeśli strach jest ponad wasze możliwości rozważcie z lekarzami różne opcje. Moja pierwsza cesarka była nieplanowana i pozostawiła ogromny uraz gdzieś w psychice, natomiast druga była planowana i naprawdę wymarzona. Nie uważam się z tego powodu za gorszą czy lepszą, jednak nienawidzę gdy kobiety spierają się w tym temacie. Nienawidzę powiedzeń, że cesarka to nie poród. Przecież to poważna operacja, tak samo bolesna i ryzykowna jak siły natury. Z tą różnicą, że przy cesarce nie cierpi się w trakcie samego „porodu”, ale tuż po nim. W przypadku porodu naturalnego cierpi się w trakcie, a po urodzeniu dziecka cały ból znika – i regeneracja oraz laktacja są znacznie szybsze. Ale czy warto o to się kłócić?

+ Taka ciekawostka. 90% kobiet z którymi rozmawiałam, które rodziły przynajmniej dwa razy i doświadczyły obu rodzajów porodów, podsumowały, że poród naturalny jest znacznie lepszy i mniej traumatyczny niż cesarskie cięcie. Więc może cesarskie cięcie to wcale nie taka droga na skróty, jak się wszystkim wydaje?

Podsumowując…
Porodu nigdy nie da się przewidzieć czy w 100% zaplanować. Nigdy nie wiemy co nas spotka czy jakie skutki to będzie za sobą niosło. Komplikacje mogą być tuż po cesarce, albo i 10 lat po porodzie naturalnym – tego nigdy nie wiemy. Jedne kobiety rodzą szybko i bez większych wysiłków, a inne męczą się godzinami, albo i dniami. Każdy poród jest zupełnie inny, każdy organizm i każde nastawienie jest inne. Na porodówce musimy być gotowe na wszystko, dlatego warto odpowiednio wcześniej wyedukować się w tym temacie i poznać różne opcje oraz rozwiązania. No i oczywiście – bliska osoba! Ona obowiązkowo musi być z nami – ja nie dałabym rady bez Mariusza, jego wyrozumiałości, siły i wsparcia. To doświadczenie jeszcze bardziej zbliżyło nas do siebie.

Dla mnie nie ma różnicy, czy dziecko urodziło się przez pochwę czy rozcięcie w brzuchu – najważniejsze jest, że przyszło na ten świat całe i zdrowe. I dla Was też powinno… ♡