Zwie się to pesymizm niekontrolowany i czasem sięga nawet największych optymistów tego świata. I jak dla mnie jest to zupełnie bez sensu. Życie jest jedno i powinnyśmy je przeżywać najintensywniej i najszczęśliwiej, jak tylko potrafimy. Ale to jest właśnie te życie – ono nie zawsze jest tylko usłane różami i bywa wybojowe. Jesteśmy tylko ludźmi i również bywamy w kiepskich formach czy złych nastrojach. To jest zupełnie naturalne i gdyby głębiej nad tym porozmyślać, to nie ma w tym nic złego, przecież i tak po każdej niekontrolowanej burzy wychodzi słońce. Prawda? Gorzej już wtedy, gdy sami te problemy sobie stwarzamy czy ich bezpodstawnie szukamy – i to nałogowo. Ja ostatnio właśnie tego doświadczyłam. Nie wiem skąd mi się to wzięło, bo zazwyczaj widzę świat przez różowe okulary, ale stało się… co miało kiepskie w efekcie skutki.

Chwila gdy się zatrzymałam, zastanowiłam i doszłam do pewnych refleksji, była spowodowana czymś zupełnie z pozoru banalnym – dwoma Waszymi komentarzami. Czytelniczki pod jednym moim zdjęciem instagramowym, w którym się żaliłam, jaki mam ostatnio kiepski okres, skomentowały to właśnie w ten sposób: „Wszyscy to mają, ale twoj blog jest w takich pastelowych kolorach, przepełniony radością, że az nie chce sie wierzyć w to co piszesz!” , „Kochana budujesz się, to mega pozytywna myśl! No i najwaźniejsze- wszyscy zdrowi.”

I wiecie co, to był właśnie dla mnie zimny prysznic i czerwona lampka kontrolna. Niby błahe komentarze, ale za to jakie dosadne i idealnie trafiające w samo sedno mojego problemu. Bo właśnie w tamtym okresie czyniłam ten przeklęty pesymizm niekontrolowany. Problemy i kłopoty widziałam dosłownie wszędzie. Z każdej błachostki potrafiłam zrobić olbrzymią sprawę. To aż do mnie nie podobne, ale tak było – beznadzieja do potęgi.

Ale powracając do komentarzy, a dokładniej tego pierwszego. Ten ktoś miał zupełną rację, że pod pryzmatem mojej internetowej twórczości, czasem trudno jest zauważyć coś negatywnego. Dlaczego? Bo chcę tworzyć miejsce i rzeczy, które będą duże, piękne i wolne od szarej codzienności. Co nie zmienia faktu, że ona również w moim życiu się pojawia. Tak samo, jak u każdej z Was. To jest zupełnie naturalne. Tak właśnie wygląda życie. Czasem świeci słońce, a czasem pada deszcz – są też huragany, tsunami i inne kataklizmy, ale tak samo są tęcze, magiczne mgły i rosy o poranku. Wszystko ma swoje miejsce w naturze.

Budujemy się, a ja zamiast skakać nadal z radości, przygasiłam to wszystko moim stresem i nerwami. Nie widziałam pnących się murów ku górze, tylko stertę papierów, goniące terminy, uciekające pieniądze i budowaną drogę, która zablokowała nasze prace budowlane na 4 tygodnie. Kurczę, serio? Zamiast wyluzować, odpocząć przez te tygodnie i cieszyć się, że nasza przyszła ulica będzie piękna i świeżo wyremontowana, to ja stresowałam się, że to wszystko przeciągnie się w czasie. Kolejna sprawa to praca – wzięłam zbyt wiele projektów i zleceń na swoje barki. Zamiast być dumna z siebie, że tyle się dzieje (o czym zawsze marzyłam), to ja widziałam tylko zmęczenie i presję terminów. Widziałam też konkurencję, która robiła wszystko „lepiej” ode mnie. Dzieci też dawały mi w kość. Pola przechodzi niezwykły bunt i czasem jest mi trudno do niej dotrzeć – gdzieś podświadomie to przeżywam. W dodatku Maks coś się przeziębił, a ja obwiniałam oczywiście siebie, że gdzieś go źle ubrałam. Każdy swój stres wyżywałam na Mariuszu, co w pewnym momencie odbiło swoje piętno na naszym związku – prawie wcale nie rozmawialiśmy, a jak już rozmawialiśmy to kończyło się to kłótnią, pretensjami i łzami. A na instagramie leciały komentarze, jaka fajna i zgrana z nas para. W tym momencie serce mi wręcz pękało. I tego było znacznie więcej. Ktoś mnie wkurzył, coś wzięłam za bardzo do siebie, albo coś zupełnie wyolbrzymiłam. Przeżywałam też pewne relacje z innymi osobami i ciągle rozmyślałam, a co by było gdyby…

Ja po prostu stwarzałam sobie pesymizm niekontrolowany. Non stop, na każdym kroku.

I teraz przechodzimy do sedna tych dwóch komentarzy. Gdzieś one we mnie trafiły, naprawdę. Zrozumiałam, że ludzie postrzegają mnie jako radosną osobę, pełną ciepła i optymizmu – wnioskuję to po Waszych wiadomościach w moim kierunku. To nie jest złudzenie. Postrzegają mnie, bo ja taka jestem! Ja to pokazuję, tworzę i puszczam dalej. Skupiam się na samych pozytywnych, bo tak właśnie chcę żyć: najintensywniej i najszczęśliwiej. Budujemy się – wiele ludzi może o tym tylko pomarzyć. Jesteśmy wszyscy zdrowi – a o tym marzy pewnie jeszcze więcej.

Ja wiem, że każdy człowiek na świecie jest inny i każdy na swój sposób ma różne problemy. Dla jednych problemem jest pryszcz na czole przed ważną randką, dla innych utrata pracy, która była jedynym źródłem utrzymania, a jeszcze dla kogoś innego najgorszą tragedią jest nieuleczalna choroba czy utrata bliskiego. Jedno jest pewne – są momenty, w których musimy na moment się zatrzymać i zrobić własny rachunek sumienia. Musimy dojść do sedna, co robimy źle, dlaczego tak się dzieje i co moglibyśmy zrobić, aby było inaczej, po prostu lepiej?

Najgorsze co możemy zrobić to poddać się, zrezygnować i odpuścić… Bo jeżeli to zrobimy to już na samym starcie będziemy na straconej pozycji. Nie wygrywa ten, który nie walczy wcale.

Ja zatrzymałam się, tylko na moment. I to właśnie ten moment, z pozoru błacha sprawa, sprawiła, że kompletnie zmieniłam tok myślenia i działania. Założyłam ponownie różowe okulary, ubrałam się w siłę oraz determinację i wystartowałam na przeciw moim problemom, których tak naprawdę nie było – ja je sobie uroiłam i stworzyłam sama. To mnie kompletnie niszczyło. Tak naprawdę jest wiele rzeczy o których Wam nie wspominałam, czy nie chciałam abyście zobaczyły. Tabletki uspokajające miały swoje miejsce, okropne myśli, masa nieprzespanych i łzawych nocy… W końcu jestem tylko człowiekiem.

DOŚĆ!
Dość stwarzania problemów i niszczenia siebie od środka. Jesteś zdrowa? Masz dach nad głową? Masz rodzinę? To w takim razie jesteś najbogatszą osobą na świecie. Czasem trzeba wszystko przewartościować i podsumować – Co w życiu, tak naprawdę się liczy? Na te pytanie odpowiedz sobie sama. A później dąż do tego! Inne pierdoły, które w tym Ci przeszkadzają wyrzuć do kosza. Nie stwarzaj sobie dodatkowych problemów tam gdzie ich nie ma – życie robi to już samo i nadto. Po co Ci kolejne zmartwienia? Zastanów się. Działaj.

Ja stale sobie powtarzam…
Zostałam stworzona i żyje po to, aby tworzyć i kreować same piękne, wartościowe, dobre i duże rzeczy. Nie może być inaczej. Nie mam czasu na zatrzymanie się na dłużej w jednym miejscu. Będę pędzić do przodu… koniecznie tylko ku górze.