Niestety, nie wybieramy rodziny, w której się rodzimy. Za to możemy mieć ogromny wpływ, jak będzie wyglądała już ta stworzona przez nas samych. Te słowa zawsze będę powtarzała wszystkim osobom, które mają trudne relacje ze swoimi bliskimi (chociaż czasem trudno tak ich nazwać), lub po prostu nie mają tych relacji wcale. Nie ukrywam, że sama sobie również to powtarzam w kółko…

Długo zastanawiałam się, czy opublikować ten tekst na blogu. Wisiał on w kopiach roboczych już kilka dobrych tygodni. Jest on bardzo osobisty i obnażający prawie wszystko co siedzi we mnie gdzieś głęboko. Ostatecznie stwierdziłam, że chyba potrzebuję tego otwarcia. Niczym oczyszczenie. Sama do końca nie wiem dlaczego, ale może zależy mi na pokazaniu, że nie każdy w życiu ma idealne, mimo, że na pierwszy rzut oka może tak się wydawać. Wiem, że was również to dosięga. Wiem, że każdy skrywa w swojej szafie jakieś brudy, a na swoich barkach nosi ciężar przeróżnych doświadczeń. W takich momentach chyba łatwiej byłoby być rozpieszczoną córeczką tatusia, która nic nie wie o życiu, bo ma wszystko podane na tacy. Takich ludzi niby nie zawsze daży się sympatią, ale wiele z nas dałoby dużo aby być na ich miejscu. Cóż, ja również.

Dlaczego rodzina jest dla mnie zawsze na pierwszym miejscu? Dlaczego to ona jest dla mnie największym życiowym osiągnięciem? I dlaczego dosłownie walczę o to aby zawsze była ona pełna i szczęśliwa? Dlatego, że sama nigdy takiej rodziny nie miałam.

Nie pochodzę z szczęśliwego domu, gdzie zawsze jadło się wspólne śniadania, a rodzina zjeżdżała się z różnych stron. Wręcz przeciwnie, było w nim wiele nieporozumień, złości, żalu i nienawiści. Każdy miał w nim własne miejsce, nigdy wspólne, tylko własne. Nigdy nie miałam taty, co gdzieś odcisnęło swoje piętno na mojej psychice. Kiedy ojcowie moich koleżanek uczyli je jeździć na rowerze, ja sama musiałam to robić. Kiedy jakiś chłopiec je zaczepił czy działa im się krzywda, to oni stawali w ich obronie. Ja nadal musiałam radzić sobie sama. To tylko głupie przykłady. Wiele z was nie przywiązuje do tego uwagi, ale zrozumie to tylko osoba, której brakuje jednego z rodzica. A raczej nigdy nie miał jednego z rodziców. Słowo „tata” zawsze ciężko przechodziło mi przez gardło, powodowało, że niejedną noc przepłakałam do poduszki. Tylko tak aby czasem nikt nie słyszał. Dopiero teraz, kiedy mamy dzieci, słowo „tatuś” swobodnie przechodzi mi przez usta i jestem najszczęśliwsza na świecie, że nie powielam wzorców, które powielają kobiety w mojej rodzinie. A kilka pokoleń już to się ciągnie. Słowo „ojczym” zastępuję pseudo tatę, któremu bardzo daleko do ideału. Ja przez mojego naoglądałam się wielu scen z alkoholem w roli głównej, z przekleństwami i awanturami. Byłam niejednokrotnie poniżana i nikt nic z tym nie robił. Dopiero po 11 latach ktoś coś zrozumiał i ten człowiek zniknął z naszego życia. Moja samoocena wtedy była bardzo niska. Byłam dzieckiem, myśleli, że nie rozumiem zbyt wiele. Nie bądźcie głupie, dzieci rozumieją więcej niż wam się wydaje. Po dzień dzisiejszy nikt szczerze ze mną o tym nie porozmawiał. Ostatecznie mojego biologicznego ojca odnalazłam na własną rękę, ale kontaktu zupełnie nie utrzymujemy. W sumie, nawet nie znam prawdziwego powodu dlaczego moja rodzina wygląda obecnie tak jak wygląda, dlaczego nie mam ojca i co wtedy się wydarzyło. Pytałam, ale zawsze jest ten nieodpowiedni moment. Nie róbcie tego swoim dzieciom, nawet jeśli prawda jest gorsza od kłamstwa.

Nie ma taty, to jest mama. Owszem, jest mama, ale ona ma swoje życie i nie mamy więzi, jak prawdziwa „mama i córka”. To boli chyba najbardziej, zwłaszcza, że teraz sama jestem mamą i zależy mi na moich dzieciach do tego stopnia, że chciałabym mieć z nimi jak najlepsze relacje. Kiedyś moja mama powiedziała mi, że ona w życiu mało doświadczyła miłości, zawsze była ta najgorsza i teraz nie potrafi okazywać jakichkolwiek uczuć i nie mam co ją prosić. Wyobrażacie sobie prosić o miłość, wsparcie i akceptację? No właśnie… Cóż, mimo tego szanuję jej szczerość. Jest fajną babką i taką jakby koleżanką, spotkamy się raz na jakiś czas i w sumie tyle. Nie wie i nie zna mnie za bardzo, mimo, że jestem jej rodzoną córką. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek powiedziała mi, że mnie kocha czy, że jest ze mnie dumna. Za to doskonale pamiętam moment, kiedy wyznałam jej w wieku 19 czy 20 lat, że wyprowadzam się niedługo z domu, a ona na to wzdrygnęła ramionami z niedowierzeniem. Po prostu nie wierzyła we mnie, że coś w życiu uda mi się osiągnąć. Teraz ma partnera i własne życie, a córka dorosła więc może radzić sobie sama. I tak to wszystko wygląda. Nie wiem nawet czy to przeczyta, czy to ją w jakiś sposób dotknie i ruszy, ale w pewnym momencie wszystko robi się już obojętne.

Nie mam rodzeństwa, jestem jedynaczką. Chodź daleko mi do tych rozpieszczonych jedynaczek, które są wychuchane i wydmuchane przez rodziców. A szkoda, bo mogłabym taką być, jeśli by to oznaczało szczęśliwą i pełną rodzinę. Dlatego tak szybko zdecydowaliśmy się na dwójkę dzieci, aby w momencie, kiedy nas zabraknie Pola i Maks mieli siebie. Ja niestety nigdy nie będę miała kogoś takiego.

Momenty, w których poznałam Mariusza i wyprowadziłam się z domu były jednymi z najpiękniejszych w moim życiu. Uciekłam od wiecznych awantur i złych wzorców. A mieszkała z nami jeszcze babcia, która z moją mamą nie rozmawiała wcale… od ponad 20 paru lat. Ściana w ścianę, mijały się w kuchni jakby się nie znały. Kabaret i tragedia w jednym. Babcia może i ciężka charakterem, ale za to ona jako jedyna wielka sercem. Jej jako jedynej nie można zarzucić braku uczuć i empatii. W sumie to z nią mam jakiś tam najlepszy kontakt z całej mojej rodziny. Za to kuzynostwo i wujkowie nie utrzymują ze mną go wcale, bo są skłóceni z resztą, a ja będąc dzieckiem musiałam również przez to oberwać. Wiedzą, że prowadzę bloga, na pewno śledzą go na bieżąco, ale nie odezwą się. Co tu więcej pisać…

Historia rodziny, w której się urodziłam jest długa i bardzo pogmatwana. Wiem, że są ludzie, którzy mają znacznie gorzej. W końcu miałam co jeść i gdzie spać. Ale są też rodziny, które może i nie są do końca pełne, ale są naprawdę szczęśliwe i mają ze sobą głęboką więź. Pełna i szczęśliwa rodzina to już w ogóle marzenie. Dlatego ja nie chcę powielać wzorców, które przeplatają się u mnie z pokolenia na pokolenie. Nie będę trzymała dzieci na dystans, bo sama tego doświadczyłam. Dla mnie to wręcz przeciwnie – MOTYWACJA! Motywacja aby stworzyć rodzinę, której nigdy sama nie miałam i o której zawsze marzyłam. Dostaję również od was masę wiadomości i historii rodzinnych, zawsze odpisuję wam słowami, które są na samym początku posta – Niestety, nie wybieramy rodziny, w której się rodzimy. Za to możemy mieć ogromny wpływ, jak będzie wyglądała już ta stworzona przez nas samych.

Wiecie czego pragnę od życia? Więzi i pełnej rodziny. Nie musimy zawsze chodzić uśmiechnięci, możemy się nawet kłócić, ale najważniejsze abyśmy mogli być zawsze razem, a każdy dzień kończyli w zgodzie. Aby Mariusz mógł nauczył dzieci jazdy na rowerze, abyśmy wspólnie mogli chodzić na ich szkolne przedstawienia i mówić, że jesteśmy z nich dumni. Aby niedzielne obiady były naszą tradycją, nawet wtedy, kiedy Pola i Maks założą już swoje rodziny. Abyśmy nie mieli przed sobą sekretów, abyśmy mogli zrobić dla siebie wszystko, a nasz dom ciągle tętnił życiem. Aby była ta więź, szczerość, ciepło i miłość. Jestem matką i nie rozumiem, jak można by robić inaczej? Po prostu nie pojmuję tego. Dla mnie przytulenie, buziak w głowie i dwa najpiękniejsze słowa „Kocham Cię” są dla mnie na porządku dziennym. Nie wszystko potrafię ubrać w słowa, ale domyślam się, że większość z was zrozumie o co mi chodzi.

Pisząc ten post nie chodziło mi o pranie moich rodzinnych brudów i sekretów. Wręcz przeciwnie. Chciałabym nawet napisać o nich same dobre rzeczy, ale niestety tak życie nie wygląda. Wiele z was do tej pory myślało, że jestem szczęściarą, że zawsze miałam idealne życie, że jestem córeczką tatusia i miałam pieniądze podane na tacy. Niestety tak nigdy nie było. Chciałam wam przez to pokazać, że na walkę o własne marzenia nigdy nie jest za późno. A teraz, z perspektywy czasu, wiem, że to było gdzieś z góry mi pisane. Gdyby nie to wszystko, moje obecne życie tak by teraz nie wyglądało. Teraz jestem szczęściarą. Stworzę moim dzieciom takie dzieciństwo, tradycje, dom i ciepło uczuć, o których zawsze sama marzyłam.

Jeśli nie urodziliście się w perfekcyjnych rodzinach to nic, w końcu nie ma perfekcyjnych rodzin. Jeśli spotkało was coś złego potraktujcie to jako lekcję i walkę o marzenia. Jeśli czegoś nie możecie pojąć, nie powielajcie tego, bądźcie lepsi. Kochajcie, okazujcie uczucia i bądźcie dobrymi ludźmi. Dzieci to największy skarb, nie róbcie im krzywdy psychicznej (bo o fizycznej nawet wspominać nie muszę) i stwórzcie coś naprawdę wartościowego, co nawet na długo zostanie po waszej śmierci.

img_7970

(…) Uśmiech i głowa do góry, bo już za dużo zostało wylanych łez.