Nie wiem czy wiecie, ale zanim zostałam mamą dorabiałam sobie jako opiekunka. Z dziećmi miałam dużo styczności i w sumie od zawsze towarzyszyły one gdzieś w moim życiu. Niemniej jednak, miałam o nich zupełnie inne zdanie niż mam teraz, odkąd właśnie zostałam mamą. To właśnie dzieci zmieniły mój tok myślenia, postrzeganie i podejście do pewnych spraw, a największym moim zaskoczeniem były właśnie one same.

Kiedyś macierzyństwo kojarzyło mi się z brakiem wolności i końcem własnego życia, a mimo wszystko świadomie zdecydowałam się podjąć ten krok. Tyle się nasłuchałam, ludzie mnie straszyli, że macierzyństwo zapewnia koniec życia, koniec wakacji, imprez, samorealizacji i generalny koniec wszystkiego – zwłaszcza w tak młodym wieku. To była największa brednia, którą mi wcześniej wmawiano, ale która na tamte czasy, niestety wpłynęła na mój tok myślenia. Teraz wiem, że dzieci nie są żadnym ogranicznikiem tylko my sami nim jesteśmy. Jeśli wmówimy sobie, że przez dziecko czegoś nie mogę zrobić czy czegoś osiągnąć, to zapewne tak będzie. Sami te dołki sobie kopiemy. Dlatego ja, jednak wolę mówić sobie inaczej – to ci najmniejsi są moim motorkiem napędowym i największą mobilizacją do działania. Nie wiem jak Wy, ale ja jakoś potrafię znaleźć przy Poli i Maksie czas dla siebie, czas na pracę, samorealizację, a nawet wyjście do kina czy knajpy. Latamy też na wakacje i są to najlepsze wakacje w naszym życiu. Więc gdzie ten ogranicznik?

Kiedyś dzieci kojarzyły mi się z czymś bardzo absorbującym, zwłaszcza wtedy gdy byłam nianią. Myślałam, że życie mam cały czas tak wygląda, że te mamy siedzą i „nic nie robią”, tylko zajmują się dzieckiem i jego życiem, bo jest tak bardzo wymagające. Karmienie, bawienie, sprzątanie, ogarnianie i tak w kółko – zero czasu dla siebie. Tutaj wprowadziła mnie w błąd ta rola niani, w końcu ta praca na tym polega, więc nic dziwnego, że opiekunka zajmuje się na 100% tylko swoim podopiecznym. Muszę przyznać, że to mnie mogło zmylić i trochę zniechęcić. Teraz, już z perspektywy czasu widzę, że dzieci są również samowystarczalne. Nie trzeba cały czas ich zabawiać, chodzić za nimi krok w krok, wmuszać jedzenia lub na okrągło pytać, czy czegoś chcą – bo jeśli czegoś chcą to jakoś zakomunikują to same. I wbrew pozorom, dzieci również nudzą się rodzicem i szukają innego obiektu zainteresowania.

Kiedyś bałam się wielu pomysłów i ruchów dzieci. Chociaż nie. Może nie bałam się, ale zaraz podnosiło mi się ciśnienie, gdy widziałam jak się bawią w mało bezpiecznych miejscach (czyt. wysoki plac zabaw, drabinki, trzepak itd), jak biegają z lizakiem w buzi czy idą same blisko ulicy. To takie głupie przykłady, ale jednak nie mogłam przewidzieć co one zrobią i zaraz w głowie miałam czarny scenariusz. Odkąd zostaje się mamą ten czarny scenariusz nie znika, ale daje dużą ulgę „nauka własnego dziecka”, w której poznajemy je na tyle, że plus/minus możemy przewidzieć jego zachowanie.

Kiedyś myślałam, że małe dziecko nie rozumie zbyt wiele i w wielu przypadkach to co mówiło traktowałam z przymrużeniem oka, lub nie zwracałam uwagi na to, co sama mówiłam w jego obecności. To był mój największy błąd, a równocześnie zaskoczenie i odkrycie życia. Dzieci nie są bezmózgimi amebami, bo one rozumieją więcej niż nam dorosłym się wydaje – nawet te kilkulatki. Najmniejsi chyba stale będą mnie zaskakiwać i bez końca uczyć czegoś nowego. Odeślę Was do TEGO wpisu, bo tutaj wyczerpałam temat na maxa. :)

Kiedyś uważałam, że dzieci tylko stale brudzą, bałaganią i brzydko pachną. Może to zabrzmi śmiesznie, ale naprawdę tak myślałam. :) W końcu niemowle stale ładuje do pampersa, a starsze dzieci latają po dworze, od rana do wieczora i tarzają się w trawie w niewiadomo czym. W dodatku domy i mieszkania osób, które są rodzicami, zawsze wyglądały jakby przeszedł przez nie huragan czy tsunami. Więc jak to było? Tak po części nadal jest, dzieci bałaganią i to strasznie, ale jeśli o nie same chodzi – one są najsłodsze na świecie! Noworodki mają pięknie pachnące główki (dziwne zjawisko, prawda? Tego zapachu nie da się podrobić), a te starsze, nawet ubrudzone lodem wyglądają mega uroczo. W dodatku teraz jest tyle wszystkiego dla tych najmniejszych, że nawet najzwyklejszy balsam czy krem sprawiają, że rozpływam się gdy przytulam Polę i Maksa i czuję ten boski zapach. Takim przykładem jest Nivea, marka kosmetyczna, której sama używam od niepamiętnych czasów, a obecnie używają ją moje dzieci – zawsze i wszędzie! A w szczególności teraz, podczas naszych przeróżnych letnich wypadów, gdzie o odparzenia pieluszkowe nie jest trudno. Śmiało mogę przyznać, że dla mnie zapach Nivea to zapach dzieciństwa. ♡

Wiecie co, to wszystko jest takie dziwne, szalone i skomplikowane równocześnie. Człowiek niby boi się, tyle rzeczy widzi i wie, a jednak wariuje i decyduje się świadomie podjąć ten krok bez odwrotu – zostać rodzicem. Wychodzi na to, że żaden rodzic nie jest zdrowy na umyśle. No innego wyjścia nie widzę! :)