Kobiety od wieków ze sobą rywalizowały, ale mam wrażenie, że odkąd zostały matkami to już totalnie na tym punkcie fioła dostały. Tego typu przypadki spotyka się dosłownie wszędzie – na placach zabaw, w przychodniach, przedszkolach, szkołach… A najwięcej sparingów między dzietnymi kobietami możemy znaleźć w sieci, na forach internetowych i facebookowych grupach. Tam to dopiero leje się pot i sączy krew. O co chodzi? O co te matki ze sobą rywalizują i się kłócą?

Mama kontra mama, RUNDA PIERWSZA! Poród naturalny, a cesarskie cięcie.
Ta która urodziła naturalnie, a najlepiej w największych męczarniach, jest super bohaterką. Ta która urodziła naturalnie, ale dosłownie w moment i bez jakiegokolwiek nacięcia, nie do końca wie, na czym polega prawdziwy poród. Ta która urodziła przez cesarskie cięcie, wcale nie wie co to poród, bo ona nie rodziła, z niej dziecko zostało po prostu wyciągnięte. To właśnie ta rywalizacja jest najbardziej napiętnowana w każdej zażartej dyskusji między mamami. A ja się pytam, po co? Po co do jasnej cholery? Co za różnica, czy dziecko wyszło (wybaczcie za określenie) pipą czy rozcięciem w brzuchu? Nie można każdego porodu do siebie porównywać i nie można każdego przypadku ze sobą łączyć i wrzucać do jednego worka. Jeśli naturalny poród jest zagrożeniem dla życia matki i dziecka, to cesarskie cięcie jest ratunkiem i wyjściem z sytuacji. Nawet jeśli kobieta panicznie boi się bólu i robi sobie cesarkę „na żądanie” to też jest jej sprawa. Ma przez to czuć się gorsza? Ależ nigdy! Moim zdaniem każdy z porodów jest ciężki i trudny na swój sposób. Zawsze powtarzam, że przy porodzie naturalnym kobieta męczy się w trakcie całej „akcji”, a kobieta przy cesarce męczy się dopiero później. To są dwa zupełnie różne źródła bólu i przeżycia emocjonalne.

Większość z Was już zapewne wie, że ja akurat miałam dwa cesarskie cięcia – przy pierwszym walczyłam o poród naturalny, ale było zagrożenie życia Poli więc natychmiast wykonano cesarskie cięcie, natomiast gdy rodziłam Maksa, miałam tę cesarkę powiedzmy, że na „życzenie”. Teraz gdybym chciała mieć trzecie dziecko to również odbyłoby się to drogą cięcia cesarskiego, ale już nie względu na moje „widzimisię”, a względy zdrowotne i brak innej opcji. Nie zawsze możemy decydować i nie zawsze możemy wszystko przewidzieć. Poród to bardzo często gra w ruletkę, na jakimś ekstremalnym rollercoasterze.

Czy dziecko urodziło się naturalnie czy cesarskim cięciem, to ma jakiekolwiek znaczenie? Wydaje mi się, że najważniejszy jest fakt, nie w jaki sposób noworodek „wychodzi”, a że w ogóle przychodzi na ten świat cały i zdrowy. Nie warto oceniać czy linczować się wzajemnie. Ja nienawidzę tego tematu i nienawidzę tej głupiej rywalizacji o to, która miała gorzej, ciężej czy trudniej. Ja sama zazdroszczę wszystkim kobietom, które urodziły naturalnie, w dosłownie chwilę, a w tydzień po porodzie wyglądają jak modelki z wybiegu. Ja nadal mam pozostałości po cesarce, bliznę, wiszący brzuch i całą masę innych rzeczy. A dojście do siebie po obu cesarkach wcale też nie było takie proste i szybkie. Ale nie jestem męczennicą, nie uważam się za gorszą czy lepszą – ja po prostu cieszę się, że moje dzieci pojawiły się na tym świecie, w bezpieczny sposób i są tu z nami całe i zdrowe. Założę się, że w szkole nie rozróżnimy wśród wszystkich dzieci w klasie, które urodziło się drogami natury, a które przez cięcie. Dlatego matki, zluzujcie majty!

Mama kontra mama, RUNDA DRUGA! Karmienie piersią, a butelka i mleko modyfikowane.
Ohohoho… ten temat dotknął nawet mnie, i to dość mocno. Pamiętacie TEN wpis, w którym opowiadałam Wam moją historię, że nie zaliczam się do grona kobiet, które kochają karmić piersią? I o tyle co przy Poli jeszcze na początku walczyłam, to w przypadku Maksa, zaraz po wyjściu ze szpitala, odpuściłam sobie już totalnie. Ale przypominam, jedno jest pewne i tego nigdy nie podważę – karmienie piersią jest najzdrowsze i najlepsze, co możemy dać naszym dzieciom. Chociaż należy też pamiętać, że karmienie piersią nie jest też dla każdej z nas. Nie każda z nas jest tak „silna” psychicznie i fizycznie lub po prostu nie ma takiej możliwości. To jest tak samo, jak w przypadku porodów – nie można każdego przypadku ze sobą porównywać. Ja szczerze Wam powiem, nienawidziłam karmienia, przez nerwy i presję miałam problem z laktacją więc tym bardziej się poddałam. Dopiero po tym wszystkim, z ulgą mogłam w pełni cieszyć się macierzyństwem. Z perspektywy czasu, czy żałuję? Nie. Moje dzieci są zdrowe, nigdy nie chorują i raczej niczego im nie brakuje.

Jeśli sięgnę pamięcią do początków macierzyństwa, to jednak ten temat karmieniowy jest najbliższy mojemu sercu. To wszystko między innymi dzięki marce Lovi, która jest z nami od samiutkiego początku i która dzielnie wspierała mnie w każdej podjętej przeze mnie decyzji – niezależnie jaka ona była. Pamiętacie mój wpis „Początki macierzyństwa z punktu widzenia czasu”? Właśnie tam wspominałam o tym wszystkim. Był też konkurs, w którym dwie czytelniczki wygrały laktator – eksperta w rozwiązywaniu problemów laktacyjnych. To idealny przykład, że pomimo tego, że sama się poddałam to jednak nie podważam, że te karmienie piersią jest najlepsze – zachęcam do tego inne świeżo upieczone mamy.

Teraz zapytałam te dwie zwyciężczynie, co myślą o laktatorze i zaistniałej sytuacji rywalizacji. Odpowiedziały mi:

Anna W. – „Jestem zachwycona! W porównaniu z moim laktatorem recznym ten jest cudowny, delikatny dla piersi, cichy i elegancki. Cały zestaw zrobił ogromne wrażenie. Ściąganie pokarmu w nocy, kiedy malutka śpi będzie o niebo prostsze.”

Klaudia P. – „Laktator jest fantastyczny. Towarzyszy mi przy pierwszym dziecku i zachęca mnie do walki w trudniejszych chwilach karmienia. Chodzi bardzo cichutko, jest łatwy w obsłudze i nowocześnie wygląda. Moja córeczka ma dopiero 5 tygodni i stale się siebie uczymy. Karmienie piersią nie jest łatwe i stale czuję presję od stron innych kobiet, ale póki co walczę i mam nadzieję, że mi się uda. Moja przyjaciółka od razu zrezygnowała z karmienia piersią swojego syna i przeszła na mleko modyfikowane już w pierwszym miesiącu jego życia. Nie uważam, że z tego powodu jest gorsza. Jej Krzyś jest teraz 6 letnim zdrowym chłopcem. :)”

Mama kontra mama, RUNDA TRZECIA! Rozwój dziecka.
I moim zdaniem to właśnie tutaj każda matka najczęściej zalicza falstart. Rywalizacja o rozwój dziecka i o to, które wcześniej mówi, chodzi czy robi kupę na nocnik jest dla mnie nawet zabawna. Może dlatego, że ja mam duży dystans do tego co mi ktoś mówi i najczęściej jestem po prostu głucha i ślepa. Ale niestety wiem, że nie każda z nas ma takie podejście, a szkoda. Przez to wszystko narasta ogromna presja wśród mam, zwłaszcza tych młodych i niedoświadczonych, która odbija się na dzieciach. Dla mnie to istna głupota, ponieważ dziecko to też człowiek (taka niespodzianka, co nie?) – każde jest inne i każde uczy się czegoś lub jest gotowe na coś w swoim własnym, indywidualnym czasie. Jedno dziecko zacznie chodzić, jak ma 9 miesięcy, a inne jak ma 15 miesięcy. Jedno pożegna się z pieluchą na drugie urodziny, a inne przy trzecich może mieć jeszcze z nią problem. I wydaje mi się, że dopóki to wszystko jest w granicach jakiegoś zdrowego rozsądku, zgodne z rozwojem i zdrowiem, to w ogóle nie powinno być podważane czy porównywalne między „ekspertkami”. Matki wariują, a cierpią na tym najbardziej dzieci.

Jeśli już chcecie coś porównywać, czy o coś rywalizować, to spotkajcie się rekreacyjnie same między sobą i rozbierzcie się włącznie ze stanikiem – możecie sobie porównywać swoje piersi, która z Was ma większy zwis po tym porodzie i karmieniu. :)

Nokaut!