Kiedy byłam małą dziewczynką, już wtedy bujałam wysoko w obłokach i marzeniami sięgałam naprawdę daleko. Lubiłam sobie wyobrażać moje życie – naprawdę szczęśliwe, niebanalne i takie, które będzie coś więcej znaczyło. Zawsze kochałam gdy coś się działo, zawsze było mnie pełno, a kreatywność już wtedy była moim drugim ja. Uwielbiałam otaczać się ludźmi, uwielbiałam robić z nimi coś naprawdę fajnego i nietypowego.

Odkąd sięgam pamięcią kochałam tańczyć, pragnęłam występować i szkolić się w tym kierunku. Nawet tańczyłam jazz i uczęszczałam przez jakiś czas do szkoły tańca. Pamiętam, że w szkole podstawowej to ja byłam pierwsza do występów publicznych. Naprawdę to kochałam i myślę, że jak na dziewczynkę przystało, byłam w tym naprawdę dobra. Później usłyszałam od jednej z bliskich mi osób, że niby fajnie tańczę, ale mogłabym poprawić to i owo. Później już nikt mnie w tym nie wspierał, ani nie dopingował. Możecie się domyślić, że w tamtych latach moja wiara w siebie diametralnie spadła, co miało swoje skutki w tańcu. Po kilku latach z niego po prostu zrezygnowałam… czego żałuję do dziś.

Przyszła szkoła średnia, co chwile słyszałam, że nauka jest w życiu najważniejsza, że liczy się szkoła, oceny i później studia, bo bez tego nic nie osiągnę. Od nauczycieli i rówieśników nieraz słyszałam, że w życiu ze mnie nic nie będzie. A ja po prostu nienawidziłam tego okresu, nie mogłam się w nim odnaleźć i nienawidziłam toksycznych ludzi, którymi się otaczałam. Wtedy też zaczęłam prowadzić swojego pierwszego bloga, który był dla mnie taką odskocznią od życia codziennego. Wtedy nie było współprac, mało kto słyszał o wpływowych i zarabiających blogerach – wtedy nie miałam z niego żadnych korzyści, ale mimo tego, robiłam to dla samej siebie, co później przerodziło się w moją pasję. Niestety, w tej kwestii ponownie słyszałam same negatywy. Dziewczyny w szkole śmiały się z tego co robię, co chwile słyszałam, że jest to dziecinne i głupie. Drwiono ze mnie i nie rozumiano mnie wcale. Skończyło się na tym, że coraz mniej chodziłam do szkoły, a na końcu z niej odeszłam. Edukację skończyłam zaocznie i zaczęłam wcześniej pracować. Łapałam się różnych zajęć, pracowałam w lumpeksie, nawet na kasie w sklepie spożywczym czy jako opiekunka do dzieci… Robiłam różne rzeczy, byleby poczuć niezależność i siłę, że jednak małymi krokami uda mi się coś osiągnąć. Mimo wszystko ciągle czułam presję studiów, ludzi z dawnej szkoły i ciągłego faktu, że „nic ze mnie nie będzie”. Teraz z perspektywy czasu patrzę na to inaczej i jestem im po części wdzięczna, że próbowali zdeptać mnie jak robaka. Teraz to ja mam dwie firmy, pracuję na swoim, jestem niezależna finansowo i to ja zatrudniam ludzi… nawet po studiach! I dla mnie to dopiero początek rozwijania się. Nie wiem, czy dalej muszę to w jakikolwiek sposób komentować?

Kiedy zaczęłam sama się utrzymywać postanowiłam wyprowadzić się z domu na „swoje” – na pierwsze wynajmowane mieszkanie. Miałam wtedy niespełna 19-20 lat. I wyobraźcie sobie, że wtedy nawet moja własna rodzina we mnie nie wierzyła. Myślała, że ja tak tylko sobie gadam, a i tak się nie wyprowadzę, bo nie będę miała za co. Moje informacje w tym temacie traktowali z przymrużeniem oka. A tu niespodzianka! Jednak to zrobiłam. A po 5 latach od tamtej chwili, mam fantastyczną własną rodzinę i dom z ogrodem w budowie. Czy warto było być człowiekiem tak małej wiary?

Kiedy urodziła się Pola, a los coraz częściej się do nas uśmiechał, postanowiliśmy, że „zrobimy” drugie dziecko jak najprędzej, aby była między nimi jak najmniejsza różnica wieku. Oszaleli! Czy dacie radę? To nie za wcześnie? Z dwójką dzieci jest już ciężko! Takie zdania słyszeliśmy najczęściej. To przykre, bo dzieci to naprawdę najpiękniejszy dar, co widać na załączonym niejednym obrazku na tym blogu. Dajemy radę, jeszcze lepiej niż w formacie 2+1 i motywujemy się tym jeszcze bardziej.

Pamiętam taki moment, kiedy kilka lat temu, gdy mój blog dopiero się rozwijał, zostałam zaproszona do telewizji do programu śniadaniowego „Pytanie na śniadanie”. Temat rozmowy był błahy, a ja wystąpiłam pierwszy raz w życiu na żywo, jako nieśmiała i niepewna wtedy siebie osoba, tuż obok popularnych blogerek. Uważam, że mój występ wyszedł średnio, bo zjadła mnie trema kamer i ogromu ludzi tam pracujących, ale wiecie co…. to nie liczyło się dla mnie! Liczyło się to, że odważyłam się i przełamałam jakieś tam swoje lęki – wtedy byłam naprawdę z siebie dumna. I wiecie co wtedy usłyszałam od kogoś bliskiego? Że nie było tak źle, ale mam się wziąć do roboty, skoro inne blogerki zarabiają tyle pieniędzy, a ja jeszcze takie grosze. Po tylu latach ta sama osoba podczas rozmowy o finansach wypomniała mi, że ja teraz „zarabiam kokosy” dlatego mogę sobie na tyle pozwolić, a ona nie. I gdzie tu sens? Jakakolwiek logika? Zdałam sobie sprawę, że muszę przestać przepraszać, bo nie zadowolę każdego. A telewizja nieraz do mnie dzwoni i pisze, ale ja czekam… na bardziej ambitny temat i czas. Bo teraz już mogę.

Generalnie brak wiary we mnie przeplatał się gdzieś obok mnie od najmłodszych moich latach. Niektórzy mogą pomyśleć, że jestem zbyt delikatna, że jestem przewrażliwiona na swoim punkcie, ale wcale tak nie jest. Ja po prostu jestem drobiazgowa i dostrzegam każde najmniejsze słowo, które czasem ktoś może powiedzieć nawet bezmyślnie między wierszami, pamiętam wszystko i widzę więcej niż niejednym się wydaje. Ale twierdzę, że milczenie i takt są złotem. Dzięki temu wszystkiemu nauczyłam się przestać słuchać „mądrzejszych” ludzi od siebie. Działam, a nie tylko mówię, jestem wierna samej sobie, własnej intuicji i wierze. Robię wszystko po swojemu i kurczę… jakoś mi to wychodzi. I przyznaję, że czasem mam więcej szczęścia niż rozumu, ale to chyba dobrze, prawda? To znak, że los bierze mnie gdzieś pod uwagę.

Nie mówię, że wcale nie należy słuchać innych ludzi. Bo należy, jeśli faktycznie chcą dla nas dobrze, są dla nas wsparciem i lekcją. Ale powinniśmy nauczyć się rozróżniać dobro od zła i szczerość od fałszu. Wiem, że to trudne, bo sama nieraz się na tym złapię, ale powinniśmy tego pilnować.

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Bo życie jest jedno i chcę Was uświadomić, abyście nigdy nie przestały wierzyć w siebie i swoje możliwości. Abyście się nie poddawały i cierpliwie dążyły do celu, nawet jeśli jest on daleko i z ludźmi wątpiącymi w nas po drodze. Ja gdybym innych słuchała to pokornie skończyłabym szkołę, której nie lubiłam, o kierunku który mnie kompletnie nie interesował. Pracowałabym pewnie na etacie w pracy, w której nie mogłabym tak się rozwijać. Może bym wynajmowała mieszkanie, a może wzięłabym kredyt na coś małego, bo nie miałabym tyle wiary w siebie na dom z ogrodem. Może miałabym tylko jedno dziecko i bałabym się w jakikolwiek zaryzykować i wyjść przed szereg. Może nie byłoby tego bloga i nie byłabym z Mariuszem, a co za tym idzie, nie miałabym Poli, Maksa i naszego psa Browara. Dziki Baran by nie funkcjonował, bo balibyśmy się zainwestować tyle czasu, nerwów i gotówki w otwarcie knajpy, a ja nadal zastanawiałabym się – A co by było gdyby…

To nie byłoby moje życie, ani moje marzenia. To nie byłabym ja.

Na całe szczęście… nauczyłam się być głucha i ślepa na ludzi małej wiary. Nauczyłam się słuchać intuicji i przestałam się bać wychodzić przed szereg. Z pokorą biorę pod uwagę opinię innych, ale ostateczną decyzję podejmuję zawsze sama – bardzo często inną niż oni. Na 100% jeszcze nie jeden raz gdzieś się spalę, ale chyba o to w tym wszystkim chodzi? Aby do wszystkiego dochodzić samemu, metodą prób i błędów, na własnej lekcji i na własnych marzeniach, prawda? Dlatego ja, przestałam się bać i może czasem faktycznie mam więcej szczęścia niż rozumu, ale tak jak widać na pierwszym zdjęciu – kroczę własną ścieżką i jest mi na niej bardo dobrze.